10/19/2014

20# Bez zaproszenia

„Okej. To ja sobie teraz zemdleję.”
Kerstin Gier


 - Zapraszam cię – usłyszałam, a chłopak skłonił się nisko – na randkę. – Ponieważ aktualnie niczego nie przeżuwałam, a mój organizm stwierdził, że zdarzają się sytuacje, w których nie można się nie zakrztusić (a ta właśnie taką była), zwyczajnie udałam więc, że coś mnie jednak w tym przełyku drapie. Wszystko to, żeby należycie zareagować.
 - Randkę? – Niemal to przeliterowałam. Taki nadmiar niepewności wymagał koniecznego potwierdzenia, nawet jeśli coś zostało raz, a porządnie powiedzenie. – Gorzej ci?
Zalotny uśmiech zdawał się być uwieczniony na twarzy Sanady.
 - Potraktuj to jako rekompensatę, Heroine. I nie obawiaj się – nuda nam nie grozi! W przypadku randek staram się szczególnie, aby druga strona dobrze się bawiła – powiedział to z takim entuzjazmem, że każdej innej dziewczynie trudno byłoby w to zwątpić. Kiedy Sanada stał na wycieraczce przed moim domem i przybierał przeróżne, dziwaczne pozycje, ja kalkulowałam w myślach, ile wynoszą szanse na to, że ta randka się odbędzie.
Pięć procent, tak na dobry początek – orientacyjnie.
Spójrzmy prawdzie w oczy: ten chłopak dwa dni temu pochwalił się, że byłoby mu przykro z powodu mojej ewentualnej śmierci podczas wypadku, z naciskiem na fakt, że na początku pożałował sobie tylko i wyłącznie Temari. Spójrzmy prawdzie w oczy (podejście drugie): w randkowaniu się nie sprawdzałam. Moja pierwsza i zarazem ostatnia randka, skończyła się  na macankach w opuszczonej, ledwie stojącej hurtowni, gdzie śmierdziało stęchlizną.  
 - Wracaj do domu i daj mi się użalać nad własną egzystencją, dobrze? – Byłam gotowa zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. Dopiero co wróciłam ze szpitala i pomyślałam sobie, że własne łóżko wreszcie pomoże mi zapaść w długi i nieprzerwany sen. W sumie plany okazały się pomyślne. Nie przewidziałam jednak, że ktoś nawiedzi mnie o – zerknęłam na zegarek – dziewiątej rano, na litość boską. Nie przewidziałam też, że wystąpię przed nim w błękitnym, puchowym szlafroku, którego pokrywały uśmiechnięte chmurki z uroczym, jakże dopasowanym dodatkiem – temblakiem. Nie muszę chyba wspominać o bałaganie na głowie, co nie?
 - Nie wyglądasz aż tak źle. – Sanada zboczył z tematu, widząc jak próbuję ułożyć włosy.  – I nie mówię tu tylko o porannej aparycji, bo spotykałem się z takimi przypadkami, że laskę można było postawić na polu, żeby robiła za stracha na wróble, ale całkiem poważnie, nie topisz się w morzu łez albo coś w tym rodzaju?
 - Jedyne morze, w jakim się topię, ma coś wspólnego ze zmęczeniem i irytacją z powodu wizyty idioty z drobną wadą wrodzoną, nazywaną zaburzeniem rozwoju, tak w skrócie.
 - Oho, widzę, że przemierzałaś też morza Internetu, żeby poczytać sobie o heterochromii. – Z udawanym podziwem przystawił sobie ręce do klatki piersiowej i wciągnął powietrze. – No proszę, proszę. Czyżbyś pluła sobie w brodę, że i ty nie możesz patrzyć na świat takimi pięknymi oczyma?
Nie miałam pomysłu, jak mu się odciąć, toteż postanowiłam z klasą zamknąć drzwi. Sanada od razu zablokował je stopą.
 - Nie tak szybko, Heroine.
 - Nie nazywaj mnie tak – zbeształam go. – Nigdzie z tobą dzisiaj  nie idę. Chcę sobie popłakać i już. I nie! – rzuciłam, ponieważ jego następny, przewidywalny tekst jakoś tak sam wrył mi się do głowy. – Nie wypłaczę się w twoich ramionach. Lepiej się stąd zabieraj. Poznałeś już moją mamusię i wiesz, jak namiętnie cię nienawidzi. Dzisiaj od bardzo dawna ma dzień wolny i wolałaby raczej, aby nikt go jej nie psuł wizytą o nieludzkiej porze.  
 - Wredne babsko – syknął, lecz mimo to pozostał w tym samym miejscu, mało tego! Nawet położył dłoń wysoko, wysoko na framudze drzwi sposobem tych wszystkich flirciarzy, wyjętych z komedii romantycznych. – W takim układzie nie daj się namawiać, Heroine.
 - Mówiłam, żebyś mnie tak…
 - Mam to gdzieś. Rozmawiamy o randce.
Z irytacji musiałam sobie aż fuknąć.
 - Na razie przekonywanie mnie do tego spotkania idzie ci beznadziejnie.
 - Niech licho trafi twoją odporność na heterochromiczne oczka – powiedział oskarżycielsko. – Jeśli jesteś taka uparta, ustąpię: to może być niewinne, przyjacielskie spotkanie. Och, wczuj się w moją sytuację. Ciągle jest mi niewiarygodnie przykro, no nie?
Sanada pociągnął mnie za sobą.
 - Do ciężkiej cholery, jestem w szlafroku, idioto! – zawołałam, zaczynając się z nim siłować. Może ja niespecjalnie przykładałam się do „wczuwania w jego sytuację”, za to on – całe szczęście – zrozumiał moją i odpuścił. – Tobie naprawdę jest gorzej.
 - Jestem trochę rozkojarzony, no nie? – Pogładził wymięty przód bluzy. Choć nie starłam mu paniką uśmiechu z twarzy, i tak odniosłam wrażenie, że jest zmieszany. – Zgódź się, na litość boską i przestań mi to wszystko utrudniać.
 - Przykro mi. – Uśmiechnęłam się lekko. – Specjalistka w tym ze mnie.
Teraz to on sobie fuknął. Nagle między nas wbiło się milczenie, tak nienaturalne i trudne w wytrzymaniu, że z braku pomysłów spontanicznie też sobie fuknęłam. Moglibyśmy tak fukać po wieczne czasy, ale Kirisame wsparł plecy o ścianę, tuż koło drzwi, depcząc przy okazji grządki mojej matki. Poddałam się, zanim zdążył oznajmił:
 - Masz dziesięć minut. Inaczej ominiesz najlepsze wyjście w swoim życiu.
Zamknięte oczy i brak krztyny optymizmu w głosie – och, jak bardzo nie mogłam się doczekać. 
Swoją drogą, odmachnęłam pięć minut naszego spotkania i już zaobserwowałam widoczne wahania nastrojów, co – po zsumowaniu i wgryzaniu się w nasze spotkania – było do Sanady kompletnie niepodobne.  Idąc się odświeżyć, głęboko rozmyślałam nad przyczynami. Nie wyspał się? Wyrzuty sumienia zżerały go do tego stopnia? Możliwe że wymuszał na sobie charakterystyczną nonszalancję, kiedy w rzeczywistości nie potrafi spojrzeć mi w oczy po tym, co zaszło. W praktyce nie interesowałam się tym prawie w ogóle, ale gdy po głowie chodzi ci Sasuke z megafonem i woła:
Myśl o mnie!
Nie waż się zapominać!
A wiesz, że wolę żyć bez ciebie? Tak mi po prostu, kurwa, wygodniej!
wtedy robisz wszystko, żeby chociaż też megafon rozpieprzyć.

O dziesiątej dwadzieścia dwie – jeśli zegarek elektroniczny na nadgarstku mnie nie okłamywał – wyżłopałam już cały waniliowy shake oraz zjadłam pół tabliczki czekolady. No a w kieszeni czekało na mnie pudełko pocky, które Sanada ufundował mi dopiero po długich zachętach. Darmowe żarełko zawsze smakuje najlepiej!
 - Wiesz… - zaczął, gdy plątaliśmy się po okolicach Kyomachi. Zwolnił kroku, pochylił się i złączył ręce za plecami, zupełnie jak spacerujący starzec. – Gdy zapraszałem cię na randkę, sądziłem, że… nie wiem… może pójdziemy na pizzę lub chociażby tradycyjne sushi. W sumie pragnąłem, żebyś zaznała smaku krewetek z dipem majonezowo-cytrusowym. Jesteś w stanie w ogóle wyobrazić sobie, jakie to cudo?
 - W dupie mam majonezowe krewetki – odparłam. 
 - Ignorantka.
 - Moje zapotrzebowania są dość ograniczone. Do szczęścia wystarczą mi węglowodany i cukry, serio.
 - Zdążyłem sam dokonać tego odkrycia, serio – wycedził przez zaciśniętą szczękę. – Idź się obżerać pieprzonymi pocky, bo po twarzy wyglądasz jak te przeokropne laski, co mogłyby wróble straszyć. Ile ci jeszcze potrzeba, do cholernego szczęścia?
Sasuke – chciałoby się rzec.
Wzruszyłam jednak ramionami, siorbiąc resztki shake’a. Sanada spojrzał na mnie jak na zarazę.
 - Co brak faceta robi z kobietami? Wiesz, że na siorbaniu się zaczyna? Potem przestaniesz myć włosy i zaczniesz sobie wyciskać stamtąd olej na frytki. Zresztą całe ciało zaniedbasz. Będziesz gruba i owłosiona. Słyszałem, że rozpacz po facecie powodowuje wyrastanie wąsów.
Zakrztusiłam się shake’em.
 - Kto ci takich bzdur naopowiadał?
 - Internet.
 - Nie chcę mieć wąsów.
 - Więc zacznij realizować swój plan – charknął. – I daj mi to! – Zanim się spostrzegłam, wyrwano mi shake’a z rąk. – Nie chcę patrzeć, jak się pogrążasz.
 - Ej! – Groźnie na niego popatrzyłam, licząc, że to zmusi go do zwrotu pojemnika. Nawet jeśli nie wyłożyłam własnych pieniędzy, mama nauczyła mnie nie marnować resztek.
Sanada to zignorował.
 - Mówiłaś, że zrobisz najazd na jego dom, wespniesz się do okna i uświadomisz mu, jak bardzo bolesne będzie egzystowanie bez ciebie. Masz przecież argumenty, prawda?
 - Argumenty, owszem. Gorzej z odwagą, wiesz?
 - Żartujesz? Więc cały plan ocalenia świata szlag trafił?
Sanada maglował mnie kolejne piętnaście minut aż dotarliśmy do skromnej kawiarenki na samiutkim końcu przecznicy. Usiedliśmy w ogrodzie, otoczeni winoroślami i trójką klientów, którzy nie zawracali sobie głowy naszym istnieniem. Z głośników przed wejściem wydobył się dźwięk telewizora, wiszącego wewnątrz. Żeby uniknąć tłumaczenia się przed Sanadą, jak głupia wierzyłam, że uparte słuchanie reklamy pasty do zębów uratuje mnie od najgorszego.
Jednak po tym jak oboje zdecydowaliśmy się na przystawkę z tofu, poczułam na sobie parę różnobarwnych oczu, która tak zagorzale omiatała mnie wzrokiem, że aż zdałam się sobie malutka i bezbronna.
 - Co? – Udałam kretynkę (stara jak świat i mało skuteczna taktyka, lecz tradycję należy pielęgnować, nie?).
 - Nic nie zamierzasz z tym zrobić? – spytał na poważnie.
Poważny Sanada nie podobał mi się ani trochę.
 - Przez kolejne dni będziesz udawać, że masz to wszystko w nosie, aż coś w tobie tak czy owak, pęknie? – ciągnął. – Naprawdę tylko na tyle cię stać? Jakim prawem stałaś się Heroine?
 - Po prostu… nie wiem, co mu powiedzieć. To nie jest takie proste, jak ci się wydaje. – Po drugim zdaniu coś mnie wzięło: podniosłam głos. – Nie mogę wparować do jego domu i krzyczeć, że egzystencja beze mnie będzie bolesna! Jakkolwiek egoistycznie to zabrzmi, on doskonale o tym wie, kolego! Stwierdził jednak, że będzie to mniej bolesne niż ciągłe zamartwianie się o mnie.
Sanada uciekł wzrokiem. Z zaskoczenia wyraźnie zmarszczyłam czoło. Jakaś staruszka ze stolika niedaleko co rusz rzucała na nas okiem, a ja spodziewałam się, że kobieta wiele się jeszcze naogląda, biorąc pod uwagę wybuchowość Kirisame. No jasne, nie zadawaliśmy się ze sobą od małego i choć potrafiłam czegoś się po nim spodziewać, nie było to jeszcze stuprocentową pewnością. Mimo wszystko, czasami nietrudno się go rozgryzało, dlatego ciężko przyjęłam do wiadomości to, że zwyczajnie odpuścił, wzdychając.
Szczerze, trzymałam się myśli, że zainspiruje mnie do działania; że jeszcze zrobię jakiś postęp w sprawie Sasuke, dzięki pomysłom Sanady.
 - Znowu ci gorzej? – prychnęłam.
 - Trochę potrwa zanim będzie mi lepiej, no nie?
A co to niby miało znaczyć?
 - Chodzi o wypadek?
 - A o co innego?
 - Możesz przestać odpowiadać pytaniem na pytanie?
 - A ty? – Przez chwilę jego twarz ozdobił leciutki uśmiech. Szybko się jednak stracił, a ja zaklęłam na to w myślach. Dziwne, że Sanada nagle przemilczał kwestię Uchihy, zaczynając żałować sobie zajścia w Subaru. Czyżby tak bardzo mu to dokuczało?
 - Nie myśl o tym. – Dałam odpocząć swoim plecom na staromodnym oparciu w grubego drewna. Pozachwycałabym się ogrodem w stylu angielskim, ale wtedy nie skończyłabym swojej myśli: - Co się stało, to się nie odstanie. Wszyscy wyszliśmy z tego cało. Zapomnijmy o sprawie, a przede wszystkim nie gdybajmy.
Wyglądało na to, że Sanada wręcz rwie się do dodania swego, lecz w ostatniej chwili zamknął usta, kopiując moją nonszalancką pozycję.
 - Skupmy się na Sasuke, okay? – zaproponowałam. – Pomóż mi przygotować jakąś dobrą formułkę, żeby był przekonany. Razem obmyślmy plan, który osłabi jego przewrażliwienie.
 - Osłabi?
 - No tak. Wiesz, o czym mówię. Sasuke musi jakoś uwierzyć, że tamte śmierci to nie jego wina. Dawniej myślał o siłach wyższych, ale teraz to nie przejdzie. Masz jakiś pomysł?
Zerknął na mnie ostrożnie, a potem jego wzrok powędrował na staruszkę, która teraz wczytywała się w jakiś szmatławiec.
 - Po prostu wyznaj mu miłość, no nie?
Otworzyłam buzię ze zdziwienia.
 - Jaja sobie ze mnie robisz?
 - Nie, dlaczego? Udowodnij mu, że życie bez ciebie w ogóle nie jest lepsze. Pokaż mu różnicę. Sasuke musi poczuć, że ciebie potrzebuje, kumasz?
 - Super – bąknęłam, jakby usiłowano mi wmówić, że mleko jest zielone. – Nawet jeśli to przejdzie, nawet jeśli wykombinuję jakieś przekonywujące argumenty, nawet jeśli się pocałujemy, a potem będziemy kochać w nieskończoność to…
 - Czekaj, co? – wszedł mi w słowo, szczerząc się od ucha do ucha. Bingo! Podstęp poskutkował. Twarz Sanady rozpromieniała się coraz bardziej.  – Kochać? W takim „łóżkowym” sensie?
 - Nieważne! Skup się teraz na czymś innym. Sasuke i ja zejdziemy się, jednak on i tak nadal będzie wierzył w swoje przekleństwo. Teraz ty kumasz, o co mi chodzi?
 - Dziewice prawie wymarły, a media milczą – powiedział, robiąc przesadnie wielkie oczy.
Przeczekałam grzecznie aż nadchodząca ze środka obsługa poda nam zamówienie, a upewniwszy się, że żadne słowo do nich nie dotrze, odrzekłam:
 - Dojrzałym facetom też grozi wyginięcie. Media milczą i w tym przypadku.
 - Gdyby był ze mnie dojrzały facet, siedzielibyśmy w jakieś wyrafinowanej, powiewającej nudą restauracji z obstawą ludzi w smokingach i eleganckich, czarnych sukniach dookoła. Ja opowiadałabym ci o swoich osiągnięciach, a ty musiałabyś tego słuchać, udając, że jesteś pod wrażeniem. Tak naprawdę chodziłoby tylko o pieniądze. Znasz to powiedzenie, no nie? Jak nie wiadomo o co chodzi, to…
Wepchnęłam sobie do ust jedną przystawkę. Sanadzie zabrakło języka w gębie, a ja pochłaniałam kolejne z talerza, decydując się jednak wytrzeć kąciki ust serwetką, żeby nie było marazmu. Ciężko jest obsłużyć się zdrową ręką.
 - Siorbie, mlaska, wpieprza żarcie jak zarośnięty na amen koleś z brzuchem piwosza. Wiesz, że nie jesteś nawet w procencie seksowna? – wytknął mi. Jego oczy nieustannie jeździły po mojej twarzy.
 - Mówisz tak, bo nie widziałeś mnie nago. – Odłożyłam serwetkę. Na talerzu zostało równo pięć przystawek, czyli sprawiedliwie podzieliłam ich liczbę na pół.
 - A chciałbym, wierz mi.
 - Chcieć możesz, wierz mi. Właściwie to mi to schlebia.
Rany, mieliśmy realizować plan ratowania wyjątkowo niebezpiecznego świata Sasuke. Jeszcze moment, a zaczniemy ze sobą flirtować, litości. Nawiasem mówiąc, oprócz boskiej litości, boski był także sam Sanada. Dobrze się prezentował w szarawym T-shircie, dopasowanych, ciemnych jeansach i kamizelce. Ciężko w tym świecie nie popaść w kompleksy. Przeglądając czasopisma, można sobie przynajmniej wbić do głowy, że to wszystko graficzne przeróbki, że cera i sylwetka kobiety z okładki nie mają prawa być do tego stopnia doskonałe. Gorzej, jeśli stykamy się z takimi „niemożliwie doskonałymi” ludźmi w rzeczywistości. 
 - Wybaczyłaś mi już? – Sanada nawijał od pewnego czasu, ale wyłapałam tylko ostatnią kwestię, kiedy oczekująco na mnie popatrzył.
 - Uch! Oczywiście, że tak. Nie wałkujmy już tego tematu, proszę.
 - Wolałem się upewnić, no nie? Jeszcze trochę i wracam do Korei.
 - Och – mruknęłam urażona. Jak już wspominałam, wieczności z nim nie spędziłam, lecz nie od razu przyjmę do wiadomości, że on nie będzie kręcił się gdzieś wokół. Spoglądałam na niego ukradkiem, aby wywęszyć, jaki jest jego stosunek do powrotu. Widocznie przygnębienie pozwoliło mi zadać pytanie: - Nie chcesz wracać?
 - To nie tak. Tęsknię za rodzinką, ale nie chcę zostawiać Sasuke. – Omiótł mnie wzrokiem. – Jest jeszcze szef. Mój wyjazd nie jest mu na rękę. Ciężko znaleźć pracownika.
 - Właśnie. Co ty właściwie tutaj robisz? Gdzie pracujesz?
Sanada wysunął palec gdzieś na prawo.
 - Niedaleko jest niewielki, dość skromny staw, ale pewien staruszek prowadzi tam interes z rowerami wodnymi do wynajmu. Nie ma zbyt wielu klientów. Odkąd Cal załatwił mi tam robotę, staram się zaciągnąć jak najwięcej młodych. Facet jest teraz w siódmym niebie, tyle że obraził się na mnie śmiertelnie, kiedy go poinformowałem o Korei.
 - Ja nigdy nie widziałam takich stawów. – Znów zabrzmiałam jak urażona zazdrośnica.
 - Bez obaw. Kiedyś cię tam zabiorę.
 - Kolejne pytanie – zapowiedziałam. – Jakie są twoje relacje z panem Shepherdem?
 - To syn przyszywanego kuzyna mojego dziadka – odpowiedział po dłuższej chwili, najwyraźniej układając to sobie w głowie.
Od razu pojawiło się to niewielkie wrażenie, że powinnam była się domyślić. Sanada zdradził mi w końcu sekret o amerykańskim pochodzeniu, jednak przez ten okres chodził mi już po głowie typ z megafonem. Mimo to, zareagowałem jak rażona piorunem i omal nie sięgnęłam po następną przystawkę.
 - Mam rodzinę podróżników – ciągnął. – Jesteśmy rozproszeni to tu, to tam, a ja tylko zwiedzam te miejsca, pracując po znajomości. Robotę nad stawami załatwiła mi stara ciotka. Mieszka tu sobie z Calvinem i ze mną.
 - Och, więc dzielicie razem mieszkanie? – Starałam się zachować na zewnątrz względny spokój, lecz w środku piszczałam jak amerykańskie nastolatki z dawnego środowiska Cala.
Sanada przycisnął sobie palec do ust.
 - Niech to pozostanie między nami.
 - Jasna sprawa – powiedziałam.
Sanada prędko wciął swoją porcję i zaproponował, że zabierze mnie jeszcze w milion innych miejsc. Aktualnie jedyne, czego pragnęłam, to zaszyć się w kącie i oddać rozmyślaniom. Nie mogłam zapominać o blasku w oczach Itachiego Uchihy, kiedy wykrzyczałam na bezdechu swoje zdanie odnośnie działalności ich grupy. W zasadzie z tego samego powodu Kirisame niemalże padł przede mną na kolana, aż wreszcie sama poczułam całym sercem, jakie słuszne są moje cele.
A więc… pora działać. Pora uporządkować sobie w umyśle ogrom myśli, które tam wirują. Powiedzmy, że to działało jak w najprawdziwszej pralce, a wszystkie plamy zostały wyczyszczone.
Sanada dał się przekupić jedną sztuką pocky. Wyszliśmy przed kawiarnię.
I natychmiast tę całą metaforę z pralką szlag trafił.
 - Kryj się! – Pociągnęłam Sanadę za ozdobny, przystrzyżony na kształt koła krzaczek. Oboje upadliśmy na pośladki, a moje ramię w temblaku przeszył krótkotrwały ból, ale przynajmniej byliśmy bezpieczni.
 - Co jest, do diabła? – warknął blondyn, poprawiając włosy. Moje zachowanie, jakby nagle przestał istnieć, mogło wydawać się arogancie, ale w tej chwili nic nie było w stanie oderwać mnie od monitorowania części Kyomachi za jezdnią. – Heroine! – Sanada nie dawała za wygraną. Popchnęłam go lekko, gdy spróbował wyjrzeć zza naszego muru obronnego.
 - Zaraz – mruknąłem.
 - Co się dzieje? – wycedził, lekko spanikowany. – Widzisz Sasuke?  
 - Nie.
Widziałam natomiast jak po chodniku posuwają się Sasori oraz Deidara. Beznadziejną metaforę z pralką szlag trafił – wirowania stały się jeszcze częstsze. Sasori, Deidara, telefon, kradzież, no i porachunki, na które nagle wzięła mnie niebywała ochota – te fakty urządziły mi z umysły plac zaciętej bitwy.
Sięgnęłam do kieszeni, zbyt rozemocjonowana, by przejmować się spojrzeniami osób, drepczących w kierunku kawiarni. 
Tymczasem Sanada zdążył zarejestrować obiekty moich obserwacji.
 - Wiesz, co możesz zrobić, żebym nie miała już do ciebie żalu? – zapytałam go.
Chłopak cały zesztywniał.
 - Czy chwilę temu nie zapewniłaś mnie, że mam to wybaczone?
 - Nie.
 - Och.
 - To wiesz czy nie?
 - Nie wiem, cholera! – zawołał. Żeby obsługa lokalu nie wygnała nas gdzie raki zimują, musiałam zatkać mu buzię ręką, a ponieważ tylko jedna była przydatna do użytku, trzymałam w niej także komórkę-badziewie, która zastępowała mi tę skradzioną.
 - Oni mają coś, co koniecznie muszę odzyskać – mruknęłam.
Sanadzie udało się odciągnąć moją dłoń.
 - Chodzi o telefon? – wydusił z siebie. Kiedy popatrzyłam na niego zaskoczona, rzucił: - Sasuke coś o tym wspominał. Nie zgłosiłaś tego na policję, prawda?
 - Nie – odszepnęłam. – Kretynka ze mnie.
 - Żadna kretynka! Mądrze postąpiłaś!
 - Ciszej!
 - A-ale…
 - Serio twierdzisz, że to było mądre? Bo tak się składa, że Tem zjechała mnie przez to od góry do dołu.
 - Ona nie ma zielonego pojęcia, do czego te typy są zdolne.
Przed moimi oczami przetoczyły się obrazy z hurtowni. Pamiętałam szok, kiedy dostałam od nich lekkie lanie, przekonana, że takie występki zdarzają się tylko na ekranach kin. Jak to tradycyjnie bywa, gdy aktualnie nie groziło mi z ich strony żadne niebezpieczeństwo, czułam się zdolna do rzeczy niemożliwych; czułam się powołana do zemsty. Tym bardziej, że po ich sprytnym zagraniu, tożsamość osób, którzy napadali Naruto, nie była już dłużej zagadką.
 - Myślę, że warto spróbować. – Rozprostowałam nogi, gdy Sasori i Deidara skręcili na inną alejkę. Sanada wstał nieco zachwianie.
 - Spróbować czego?
 - Wiesz coś o ich kryjówce w hurtowni?
 - Raz jedliśmy tam z Sasuke burgery na wynos. Mówił wtedy, że zajął sobie tą miejscówkę z dwoma innymi kolesiami. Mówił również, że zadawanie się z nimi pomaga mu utrzymać złą reputację.
O uszy nie obiła mi się ta informacja, za to o mózg z całą pewnością. Według tego, co przypuszczałam, Sasuke powinien włóczyć się teraz razem z Sasorim i Deidarą, aby tą reputację odnowić. Ulżyło mi, wiedząc, że scenariusz potoczył się innym torem.
W takim razie: jaki tor wybrał?
 - Zauważyłam, że zamykają drzwi na klucz. Zamontowali zamki? – spytałam niczym spiskowiec. Chciałam oddać się jakiemuś zajęciu, usuwając z głowy, zbędne w tej chwili, możliwości postanowień Sasuke.
 - Chyba tak. – Sanada wzruszył ramionami.
 - W środku są pudła, prawda? Kartony, znaczy się.
 - Dobre oparcie.
 - Zaglądałeś do środka?
 - Nie.
 - No, super! – Parę razy przejechałam po brodzie opuszką kciuka. – W takim razie trzeba to zmienić.
Mój towarzysz serdecznie mnie wyśmiał.
 - Heroine. Skoro już zwiedzałaś to urocze miejsce, dam sobie głowę odciąć, że – jeżeli kiedykolwiek trzymano w kartonach łup – teraz go tam nie znajdziemy. Poza tym, nie piszę się na to. Nie, nie, nie. Nie zadzieram z osobami tego pokroju. Wolę beztrosko przeżyć swoje życie i umrzeć bez wrogów.
 - Umrzesz bez wrogów, ale pewna wyjątkowa dziewczyna będzie nadal miała do ciebie żal – powiedziałam. – Chcesz tego?
 - To granie na czyichś uczuciach – oburzył się.
 - Dobra… to masz jeszcze bonus: tchórzysz?! – Gwałtownie wypięłam klatkę piersiową, odstawiając prowokujący taniec. Mięśniaki zawsze postępowały tak między sobą. – Kto jak kto, ale facet powinien mieć dwie rzeczy: jaja i głowę na karku. Głowy na karku nie masz, to wiemy już wszyscy, ale do tej chwili wydawało mi się, że coś ci między tymi nogami rośnie, gdy oglądasz obrzydliwe pornosy, tymczasem…
 - Przestań! – zawołał, niby wyszczerzony – tak naprawdę te słowa trafiły niczym wystrzelona z łuku strzała, prosto w jego ego.
 - Czyli pomożesz?
 - Mam jakieś wyjście?
 - Możesz umrzeć z moim żalem na sumieniu – przypominałam błyskotliwie. – I jeszcze z myślą, że nie sprawdziłeś tych cholernych kartonów!
Sanada zemścił się, pokazując mi środkowy palec. Miernik dzisiejszej kreatywności wyniósł już maksimum, dlatego zrobiłam dokładnie to samo, po czym oboje ruszyliśmy Kyomachi w drogę powrotną.

Po wybiciu godziny osiemnastej, niebo powolutku zaczęło ciemnieć. Uznałam, że skoro i tak wewnątrz kryjówki poczujemy się jak w grobowcu, pora na dworze nic zrobi nam żadnej różnicy. Razem z Sanadą gapiłam się na przód wyrastającego przed nami budynku. Nie wyglądał przyjaźnie, a wręcz ostrzegał, że żadni goście nie są w środku mile widziani.
 - To bezsensu – skomentował matowym głosem mój wspólnik.
Najgorsze, że istniało duże prawdopodobieństwo, iż się nie mylił. Nie zawsze postępowałam racjonalnie, nie zawsze mój plan był kompletny przed rozpoczęciem wykonywania – prawdę mówiąc konstruowałam go średnio na sześćdziesiąt procent, a reszta przychodziła spontaniczne, kiedy po tych sześćdziesięciu procentach mój mózg znajdywał się w kropce.
Teraz było katastrofalnie. Przede wszystkim – oprócz tradycyjnych sześćdziesięciu procent przygotowanych reakcji na przeróżne sytuacje, nie wiedziałam do końca, co mną kierowało.
Dlaczego znów porywałam się na ryzyko? Dlaczego łudziłam się, że cokolwiek odnajdę? Sanada przedstawił mi z dziesięć argumentów, przemawiających za porażką, a ja i tak nieugięcie lgnęłam do tego miejsca. Byłam jednocześnie pewna, że jeśli dłużej się nad tym zastanowię, będę w stanie sobie na to odpowiedzieć. Czułam, że gdzieś wśród tych pranych myśli, w bębnie maszyny, istnieje taka jedna, niewiarygodnie maleńka.
I tłamszona.
 - Masz to, o co cię prosiłam? – zaczęłam, kręcąc przy okazji głową, żeby się na nią nie skusić. Dziwnie to wszystko wyglądało.
Sanada zacisnął zęby, cicho prychnął, po czym podał mi przedmiot, bez którego nasze zadanie nie doszłoby do skutku. Długi czas obracałam klucze między palcami, niby z nerwów, niby przez nerwicę natręctw, niby przez zwyczajny nawyk, a jednak czyniłam to, głęboko uświadomiona, że przedtem ten pęk trzymał w rękach Sasuke.
 - Doceń mój talent aktorski. W innym razie Sasuke bez wątpienia wziąłby pod lupę moje nagłe „odwiedziny” – pochwalił się blondyn.
Poklepałam go po plecach, ignorując ścisk w żołądku. Do kompletu pytań typu:
D l a c z e g o?
Dlaczego się tam pcham, cholera?
dołączyły inne, wiążące się stricte z Sasuke. Ponieważ ogromnie ciekawiło mnie, czy – podczas pobytu Sanady – podjęto u Uchihów temat mojej osoby, zduszenie tego w sobie oceniłam na najcięższy do ścierpienia skutek niewiedzy, z jakim kiedykolwiek się spotkałam.
Ubzdurałam sobie jednak, że gdyby taka sytuacja naprawdę się zdarzyła, Kirisame z pewnością by jej nie przemilczał.
 - Chodźmy – odezwałam się.
 - Skoro istnieje szansa, że już się stamtąd nie wydostaniemy, mogłabyś mi chociaż powiedzieć, po jaką cholerę to wszystko robimy?
 - Tu chodzi o honor, kolego.
 - W dupie mam twój honor – dokuczył mi, pozostawiając w miejscu. Ja zdążyłam podejść już do jedynych drzwi o optymalnych dla ludzi gabarytach. – Przypominam, że ciągle nie mam ochoty stawać się częścią twoich popieprzonych planów.
Jęknęłam.
 - Skończ psioczyć i chodźże tu.
 - Co z…
 - Sanada!
 - Dobra, już dobra. – Spełnił moje polecenie, zrzędząc sobie coś cicho po nosem. Zanim nacisnęłam na klamkę, rzucił jeszcze: - Jakby co, nie umiem pływać.
 - Co to ma do rzeczy?
 - W obliczu śmierci wyjawia się jakiś nieujawniony, super tajny sekret. Ludzie mają się poczuć przez to lepiej.
 - Czujesz się lepiej?
 - Yyy, nie.
Och, świetnie. Wchodzę w to. Potrzebowałam paru chwil do namysłu, a stwierdziwszy, że w pierwszym pomieszczeniu raczej nic nam nie zagrozi, otworzyłam zgrzytające drzwi i przeszłam przez nie pierwsza. Sanada źle to zinterpretował.
 - Heroine! Ty  też musisz mi się z czegoś zwierzyć! – rzekłby coś więcej, ale swąd zgnilizny tak gwałtownie uderzył nam do nozdrzy, że oboje, doskonale zgrani, zatkaliśmy sobie nosy. Kirisame zamknął po nas drzwi i uruchomił latarkę. Nie obyło się bez kilku słów protestu, jednak nie ustępowałam. Zeszliśmy zdezolowanymi schodami niżej, do przestrzennego holu, na który widok Sanada aż gwizdnął z wrażenia. Kwestia mojego lęku widocznie wyleciała mu z głowy, a ja, z braku pomysłów, zdecydowałam się siedzieć cicho.
Kirisame dopilnował, aby snop latarki nie ominął nawet metra tej przestrzeni. Kiedy już upewniliśmy się, że jesteśmy tu jedynymi gośćmi, pooglądałam sobie proces rozluźniania się w wykonaniu Sanady – począwszy od opadającej piersi aż do entuzjastycznego pytania:
 - Gotowa?
Cóż, na to akurat nie znałam odpowiedzi.
 - Tak mi się wydaje.
 - Nadal podtrzymujesz, że ta akcja ma jakiś sens?
 - Tak!
 - Co ty nie powiesz? – Przyjrzał mi się sceptycznie, oślepiając światłem latarki. Już drugi raz tego dnia odpowiedziałam mu nieoryginalnym, prostackim użyciem środkowego palca. – Kobiety – westchnął i wywrócił oczami. Chociaż głowy nie dałabym sobie za to odciąć – powyłączane lampy fluorescencyjne u góry niczego mi nie ułatwiały. – Nie czujesz się ani trochę zażenowana? Udajesz się na jakieś super-tajne, niby niebezpieczne wyprawy, w dodatku kontuzjowana, myśląc, że Sasuke się tym zmartwi. Chcesz mu zrobić na złość czy co?
Twardym krokiem podeszłam do ostatnich drzwi na naszej drodze. Sporo czasu minęło, zanim udało mi się włożyć kluczyk do otworu. Przeklęty temblak!
 - Heroine?
 - Stul pysk, okay? – Jeszcze go nie przekręciłam.
 - Ale taka jest prawda.
 - Nie, to bezsensu. Przecież Sasuke nie ma pojęcia, że tutaj jestem. Jak mogłabym chcieć, żeby się tym przejął; żeby zwrócił na mnie uwagę? Przestań wymyślać, litości. Skupmy się na zadaniu!
Sanada cmoknął, jakbym próbowała go zwerbować do grupy, wyznającej potwora spaghetti.
 - Tak się składa, że złożyłem dziś Sasuke wizytę, wiesz? Sama mnie tam posłałaś.
 - Żebyś wziął cholerny kluczyk! – warknęłam na niego.
 - I co zabrałem? Cały pęk! Myślisz, że tego nie zauważy? – Otworzyłam buzię, żeby się odszczeknąć, ale Sanada nie dał mi dojść do słowa. – Nie, Heroine. Ty miałaś nadzieję, że on to spostrzeże. Liczyłaś, że zauważy brak cholernych kluczy; że połączy fakty w jedno, zrozumie, gdzie jestem, a ponad wszystko z kim; że przyjdzie tu i pokaże całym sobą, jak bardzo mu na tobie zależy. Wszystko to, tylko dlatego, abyś już dłużej nie cierpiała z powodu odrzucenia, abyś poczuła się o niebo lepiej ze świadomością, że wszystko, co mówił ci przy pożegnaniu – cokolwiek mówił – jest stekiem kłamstw, które mają cię od niego uchronić. Na nic tu mój aktorski talent, złociutka. W głębi serca wiedziałaś, jak to się może skończyć i kibicowałaś takiemu scenariuszowi.
Popłakałam się.
I jestem zupełnie poważna.
Łzy napłynęły mi do oczu pod koniec tych wywodów, dopóki prawda nie spoliczkowała mnie, albo… ba! Prawda jakby rzuciła mną o ścianę i potem sprzedała leżącemu kilka kopniaków.
Boże, Boże, Boże.
Jedno chlipnięcie zdołało mnie zdradzić.
 - Heroine? – Sanada pochylił się i popatrzył na mnie, wyłaniając się po lewej.  
 - Cholera! – zawyłam.
 - C-c-c-co?  
Zawyłam znowu, teraz bez użycia konkretnego słowa. Tak po prostu.
Chłopak za moimi plecami jęczał coś i mamrotał, szurając nogami po podłodze. Usłyszałam kilka retorycznych pytań i próśb o teleportację.
 - To takie egoistyczne – wyznałam po kilku chwilach, gdy lekko mną potrząsnął.
 - Nie płacz, Heroine! Rany, przepraszam cię! Nie chciałem powiedzieć tego tak ostro i… hej! Może to wcale nie jest prawda? Nie musisz brać sobie tego do serca, w końcu sama zarzekałaś się, że Sasuke nie ma tutaj nic do rzeczy, Sasuke…
 - Ma! – krzyknęłam. Tak potwornie bezradna, przytknęłam czoło do drzwi, drżąc na ramionach. – Kocham go… Przecież go kocham. – Sanada musiał znieść kolejny przypływ dramatycznego płaczu. Torturowałam go nim przez kilka minut, a efektywność pogłębiało echo ogromnego pomieszczenia.
Potem nastąpiła cisza.
 – To jest jasne jak słońce, że pomimo wszystko, na końcu i tak zawsze myślimy tylko o sobie – powiedziałam.
Przed moimi oczami nagle pojawiła się chusteczka higieniczna.
 - Proszę. – Oddech Sanady rozwiewał mi włosy z tyłu. Odwróciłam się w jego stronę i solidnie wysmarkałam. – Sądziłem, że… - zawahał się – otrzesz tym łzy, czy coś. Wyglądałabyś wtedy pięknie.
 - Skoro siorbię, mlaskam i wpieprzam żarcie jak zarośnięty na amen koleś z brzuchem piwosza, naprawdę oczekiwałeś, że użyję chusteczki niczym niewinna, delikatna dziewica? – naburmuszyłam się. 
Sanada zareagował cichym śmiechem. Wielka szkoda, że latarką oświetlał jedynie nasze buty, ponieważ coś w jego twarzy sprawiało, iż na dobrą sprawę mógłby się teraz rumienić.   
 - Nie mogłabyś jej tak użyć – odezwał się w końcu.
 - No właśnie.
 - Przecież nie jesteś dziewicą.
Obróciłam się na pięcie w stronę drzwi.
 - Przez chwilę nawet cię lubiłam, Kirisame.
 - Nazwiskowy pocisk. Odważnie – stwierdził i tym razem byłam skłonna postawić na to swoją głowę, bo on na pewno, na pewno, poruszył łobuzersko brwiami. – Wszystko w porządku? – Zaniepokoiłam go swoim milczeniem. Ileż mógł czekać kluczyk w dziurce, zanim dostanie nerwicy i jakieś magicznej zdolności, tylko po to, aby potrafił się stąd ulotnić? – Heroine?
 - Już mi przeszło.
 - Nie brzmisz przekonywująco.
 - Bo nadal czuję się beznadziejną egoistką, ale nie muszę już przez to płakać. Wróćmy do zadania.
Oczami wyobraźni widziałam jak wyrzuca ręce w powietrze.
 - Nadal chcesz zaglądać do tych kartonów?
 - Nasza podróż nie może się przecież zma…
 - Ej!
Podskoczyłam w miejscu, zaskoczona decybelami, którymi katował ten krzyk.
 - Jezu, co? – Spoglądnęłam w tył przez ramię.
Sanada stał w szerokim rozkroku, spięty do maksimum. Wyglądało na to, że czegoś nasłuchiwał.
 - Co? – spytałam.
 - Usłyszałem szmer.
 - Że co?
 - Autentycznie usłyszałem szmer! Ktoś tutaj jest, no nie?
 - Nie. – Skupiłam się na drzwiach. – I nie siej paniki! Drzwi wejściowe są głośne. Gdyby ktoś wszedł tutaj za nami, już dawno byśmy o tym wiedzieli.
 -  A jeżeli jest tu jakieś inne wejście, o którym nie wiemy?
Klnąc na jego kombinowanie, spróbowałam otworzyć drzwi. Ku naszemu zaskoczeniu, pomimo że kluczyk pasował, nie dał się przekręcić.
Sanada natychmiast przysunął się bliżej.
 - Niemożliwe! – Wytrzeszczył oczy. – To ten klucz. To na bank ten klucz. Jakim cudem on…
 - Może zmienili zamki? – zasugerowałam spokojnie. Odkąd myśl, która natchnęła mnie do tej wycieczki została ujawniona, mój entuzjazm i chęć zemsty znacząco zmalały… A może nie. W zasadzie entuzjazmu i chęci zemsty nigdy we mnie nie było. To tylko desperacka próba przykucia uwagi Sasuke.
Żenujące. 
 - Heroine! – Jojczył Sanada.
Ruszyłam głową i wymyśliłam, że ten zamek miał prawo różnić się od miliona innych, jeżeli został zamontowany przez hołotę. Wobec tego spróbowałam przekręcić kluczyk w drugą stronę i wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego.
Ktoś mnie zablokował.
I ten ktoś egzystował sobie po drugiej stronie wejścia.
Sparaliżowało nas z Sanadą, gdy usłyszeliśmy wyraźny ruch mechanizmu zamka, którego użyto w nieodpowiednim momencie. Puściłam kluczyk ze zduszonym okrzykiem, natomiast Kirisame rozpostarł w poziomie ramiona, jakby usiłował mnie tym ochronić. Ruchem oczu rozkazał wymarsz. W cholerę błyskawiczny wymarsz.
 - Jak to? – powiedziałam bardziej do siebie. Czyli zamek nie chciał puścić, ponieważ był już… otwarty?
 - Spadajmy stąd. – Sanada puścił się do ucieczki, oczekując, że zachowam się tak samo. Błąd. Mój mózg wyobraził sobie Sasuke, a formalnie rzecz biorąc Sasuke powinien być wielce zmartwiony moim występkiem, dlatego do ostatniego momentu, gdy drzwi sunęły złowróżbnie, zatrzymując czas, czułam, że te wyobrażenia należy zweryfikować.
Jednak gdy wejście otwarto na oścież kopniakiem, zastałam tam uśmiechniętego od ucha do ucha Deidarę.
Olbrzymie rozczarowanie przeszyło mi pierś.
 - Sakura! – Zły blondas nie zdążył dojść do słowa, bo dobry blondas gwałtownie mnie stamtąd odciągnął. Jakoś utrzymując równowagę, zebrałam się do kupy, żeby biec o własnych siłach. Wtem dostałam mentalne lanie od świadomości.
 - Nie w tę stronę, idioto! – ryknęłam. Moja krew dopiero ładowała udostępnioną adrenalinę, ale wiedziałam, że muszę zareagować, w innym razie chłopaki odetną nam wyjście – zakładając, że jest ich tu dwóch. Wzięłam sprawy w swoje ręce i naszpikowałam siłą mięśnie nieusztywnionego ramienia, aby zmienić tor biegu Sanady. Rzuciłam na niego kontrolne spojrzenie, kiedy moje mięśnie podołały zadaniu. Nie mogłam jednak skupić się na psychice Kirisame, bo Deidara stał już parę metrów przed nami, pokazując dumnie na Sasoriego, który – nieprzejęty – torował nam wejście na schody.
Jedna pomyłka przekreśliła nasze szanse.  Zawarczałam z bezsilności jak zwierz, poirytowana ich pewnością siebie.
 - Nie spodziewałem się, naprawdę. – Deidara zaczął strzelać kośćmi palców u rąk. Widok jego mimiki nagle zakłóciła przeszywająca ciemność. Nie wiedząc czemu, Sanada schował za sobą latarkę i od razu ją zgasił.
Utknęliśmy w pomieszczeniu o suficie, ciągnącym się do góry na kilka metrów. Oprócz nas, czterech istnień, nie znajdował się tu nawet jeden mebel. Jedyne źródło światła pochodziło ze świeczników, których kawałek widziałam zza drzwi do skrytki z kartonami. Ściany pokrywało mnóstwo pęknięć i niedoskonałości. Zastanawiałam się nad sposobem, w jaki znajdą moje ciało. Albo, po długich latach, trafią na nie w jednym z kartonów, na ciało zielone od procesu rozkładu i z widocznymi śladami, wskazującymi na pobicie, albo znajdą mnie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin pod gruzami tego budynku. Przed oczami przewinęły mi się nagłówki gazet. Od zatracenia się  w nich uratował mnie matowy głos Sasoriego, nagłośniony echem:
 - Cieszę się, że przyszłaś.
 - Tja… - Ukradkiem otarłam sobie nos. – Ja właśnie nie.
 - Pobawisz się z nami? – zapytał Deidara.
Wyczułam drżenie ciała Sanady. Spuściłam więc spojrzenie z naszych wrogów i omiotłam nimi sprzymierzeńca. Chłopak przełykał właśnie ślinę, a jego szybki, urywany oddech podpowiedział mi – rzecz absurdalną – że Sanada trzęsie portkami ze strachu. Bardzo chciałabym go uspokoić, pomimo tego, że mnie samą ten strach obleciał, niestety, Deidara nie dał mi takiej szansy, tylko powtórzył groźniej:
 - Bawisz się z nami?
 - Nie – odrzekł za mnie Sanada.
Odruchowo zacisnęłam rękę na jego rękawie. Nasze oczy spotkały się w ciemnościach.
- Nie poleciała z jęzorem na policje, ale ciągle się tutaj szwenda – powiedział do Deidary Sasori. – Zróbmy coś z tym, stary.  
 - A wydawała się mądrzejsza, co? Te, Różowa! – zawołał.
Sanada delikatnie odczepił moją zdrową dłoń od swojej koszulki i ścisnął mi nadgarstek. Czułam, jak jego skupiony wzrok jeździ po chłopakach.
 - Różowa! – Deidara spoglądał na mnie oczekująco, tupiąc nogą. – Stwierdziliśmy z kolegą, że sobie nagrabiłaś, wiesz? Stwierdziliśmy również, że tym razem damy ci porządku nauczkę. Trzeba dziecko nauczyć, aby nie wchodziło do ognia, a że nasze metody są brutalniejsze, cóż…
 - Spróbuj coś podkablować – ostrzegł Sasori i zaczął powoli się do nas zbliżać. Oszacowałam prędko w myślach czy dalibyśmy radę jakoś ich ominąć i przedostać się do jedynego, znanego nam wyjścia, ale ryzyko było po prostu zbyt wielkie. Jeszcze raz spojrzałam na Sanadę.
Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent myśleliśmy o tym samym.
A jeżeli jest tu jakieś inne wejście, o którym nie wiemy?
Raz, dwa, bum! Puściliśmy się sprintem w przeciwnym kierunku, wpadając na dwudrzwiowe wrota, które – całe szczęście – posłusznie rozwarły się pod naszym naporem. Z daleka słyszałam naszych wrogów, decydujących się na pościg. Kirisame włączył latarkę, a ta oświetliła nam korytarz, tak samo spękany i obskurny, co reszta hurtowni. Droga była jednak wąska, krótka, a poza tym wieńczyły ją… schody. Wzruszyliśmy jednakowo ramionami i wbiegliśmy po nich na kolejne piętro.
 - Zabiję cię, zabiję cię, zabiję cię – rzęził Sanada. Niepogodzona z jego otwartym przerażeniem, wolałam zamilknąć i po prostu sobie dyszeć. Odpoczęliśmy przez sekundę, po czym ruszyliśmy wzdłuż następnego, gigantycznego magazynu, gdzie tym razem porozstawiane były metalowe półki na kółkach dla przechowywanych produktów, których, sądząc po osiadłym kurzu, nie było tam od dawien dawna.
Całą sobą ignorowałam dudniące o podłogę kroki ścigających. Koncentrowałam się na lawirowaniu między obiektami i pilnowaniu, aby Sanada non stop znajdował się w polu mojej widoczności. Spotkaliśmy się przy wyjściu na korytarz. Gdy zaczęliśmy nim biec, chłopcy dopiero dotarli do magazynu.
 - Tu! – Sanada dramatycznie przywarł do pierwszych drzwi. Na końcu zauważyłam jednak zakręt i wiedziona instynktem, pociągnęłam Kirisame w tamtą stronę.
Natknęliśmy się na drzwi przesuwane, z oszklonym elementem w ich wnętrzu. Tam chował się nowy magazyn. W takim układzie nie widziałam innego wyjścia, jak tylko wrypanie się do najbliższego pomieszczenia o przystępniejszych rozmiarach. Nacisnęłam na klamkę pierwszych drzwi pod ręką i, zastając pokój cztery metry na cztery metry, bez zastanowienia wcisnęłam tam Sanadę. Chłopak od razu wpełzł pod stół, wykorzystał pierwszy oświetlony mebel i kompletnie zignorował resztę. Wyczerpana, uważając na temblak, wzięłam z niego przykład, zwłaszcza, że przesunął się, aby zrobić mi miejsce. W rogu stołu przywitała nas okazała pajęczyna, lecz akurat dziś postanowiłam mieć to w nosie, skulić się w kłębek i ogólnie zachować jak wyłączony cyborg. Sanada szeptał coś o trzymaniu gęby na kłódkę, potem o obrusie.
Poczułam, że świat ginie pod jeszcze większym mrokiem. Uchyliłam powiekę, by ujrzeć jak zakrywa nas materiał z wierzchu blatu.
No tak, obrus.
 - Spokojnie – szepnęłam to, co przyszło mi na myśl. Sanada siedział na jednej nodze, a drugą miał przed sobą, zgiętą w kolanie. Niespokojnie nasłuchiwał dźwięków z zewnątrz z odpaloną latarką. Dzięki niej, dostrzegłam jeszcze przewrócone krzesło i drewnienie biurko z mnóstwem ubytków. Myszy, cholera, myszy.
Potem latarka zgasła.
 - Wiesz, że nas tutaj złapią?
 - Wiem.
 - Wiesz, że to twoja wina?
 - Tak, to też wiem.
Nie odezwał się przez dziesięć sekund. Po tym czasie poczułam na barku ciężar jego głowy – Sanada przytknął tam czoło.
 - Boże, Heroine, oszaleję, jeśli coś ci się stanie. To mnie wykończy jak druga kula.
Zesztywniałam od góry do dołu. Nie powinien tego mówić.
Nie powinien był tego powiedzieć.
 - Kiedyś dostałem kule – ciągnął - nie w głowę ani nie w serce, ale we mnie strzelono, cholera. To jeszcze da się przeżyć, da się z tym żyć. Ale nie chcę teraz dostać tam, gdzie nie miałbym szans tego przetrwać. Chcę przetrwać. Za wszelką cenę chcę to przetrwać. Nie przetrwam, jeśli coś ci się stanie, rozumiesz?
 - Ani trochę. – Łzy pod oczami obeschły i nie zapowiadało się na ponowny wybuch płaczu. Jakkolwiek desperacki zdał mi się ten bełkot, naprawdę go nie pojmowałam. Nie pojmowałam nawet jednej części.
Jednak chciałabym pojąć wszystkie. Pewnego dnia.

Od autorki: Yo! Powiedziałabym, że nie mam usprawiedliwień za kolejny miesiąc  ciszy, ale – niewiarygodne – mam! Niektórzy z was może już zakumplowali się z Totsuzen, w każdym razie walczę każdego dnia o jakieś pomysły na tego bloga i ta wena tak sobie bezczelnie zmienia kierunek – raz GAT, raz Totsuzen. Wygląda to mniej więcej tak, że jeden tydzień bazgrze po zeszycie i spisuję pomysły na jednego bloga, a innym razem rzygam tym poprzednim i skupiam się na następnym. Jednej nocy nie śpię przez Totsuzen, drugiej nie śpię przez GAT, meeeh.
Ale na Tot. niedługo coś zacznie się dziać, przysięgam!
Odnośnie rozdziału: hym, hym, hymm, nie ma Sasuke, noo! Tylko proszę, nie skreślajcie przez to całej notki. Jest bardzo, bardzo istotna, zwłaszcza zachowanie pewnego pana! (wiecie jakiego, meeeh [2]). Nie skreślajcie inteligencji Sakury, bo znów spiernicza bez konkretnego powodu, ona se po prostu dba o własne bezpieczeństwo (no i jest egoistką, tralala). Ale szczerze, każdy z nas jest egoistą – smutna prawda. W tych czasach niestety trzeba!
Odnośnie korekty: tym razem znowu kłaniam się Sheeiren, bo mi te durne literówki wyłapała, niemniej jednak, często same mamy rozkminy pt: „Jak to ma być, kur**, napisane?”, dlatego jak ktoś chce betować GAT, nie pogardzę, ucałuję stópki i będę dziękować każdego dnia. Kiedyś wydawało mi się, że korekty nie potrzebuję, bo sama dam sobie radę, ale coraz częściej zastanawiam się, gdzie ten przecinek wstawić i od jakiej litery rozpocząć zdanie po dialogu. Także tego, chętni niechże piszą na maila (podany w zakładce AKEMII).
DWA ROZDZIAŁY, moi drodzy. Istnieje 10% szans na to, że będą trzy, jeśli coś się spieprzy, ale planuję zmieścić się w dwóch. Zapowiadam od razu, że w następnym rozdziale DUŻO, DUŻO Sasuke, ale też DUŻO, DUŻO czekania, bo to powrót do 40-stronnicowych tasiemców. Tak, dwa ostatnie rozdziały będą długie + ratuję w międzyczasie Totsuzen, dlatego wybaczcie kolejny miech czekania. Dzięki za komentarze, ludki, za lajki, za obserwatorów, których ostatnio sporo doszło! Postaram się tę wenę trzymać przy sobie i pisać, pisać, pisać, póki do matury tyle czasu.

Trzymajcie się!